⋙⋙ Bajkowa Tarifa - Hiszpania ⋘⋘

Tarifa 

Tarifa to kolejna niewielka miejscowość, którą mieliśmy przyjemność zaznaczyć na naszej turystycznej mapie. Początkowo za cel obraliśmy Maro, które jest oddalone raptem godzinę drogi od lotniska, ale wystarczyło kilka zdjęć by zakochać się w szerokich, piaszczystych plażach i klimacie tej niewielkiej mieściny, mieszczącej się na skraju południowego wybrzeża Hiszpanii. To tu można obserwować czarny ląd od którego dzieli nas tylko 13 kilometrów i morze śródziemne które to z kolei styka się z oceanem. Nie miałam wątpliwości zamiast godziny, cztery! Musze to zobaczyć!



Wyjazd został zaplanowany na początek czerwca, więc nie mieliśmy większego problemu z odnalezieniem kwatery, zdecydowaliśmy się na niewielkie mieszkanko mieszczące się na starym mieście, nie ukrywam że z bólem w sercu opuszczałam to przepiękne chociaż niewielkie miejsce.

Mieszkanie posiadało małą kuchnię i łazienkę, dwa łóżka (jedno na antresoli), ręczniki, klimatyzację, telewizję, internet i wiele, wiele innych udogodnień. 



Pierwszego dnia niestety dopadło nas spore zmęczenie drogą i nie za wiele zobaczyliśmy, plaża poza swoim ogromem okazała się mekką surfer'ówkitesurferówwindsurfer'ów i wszystkich innych odmian surferów. Jeden wielki, nigdy nie ustający wiatr. 



Na szczęście zaraz przed niewielkim portem i prześliczną wysepką zawładniętą przez urząd celny mieściła się niewielka, osłonięta przed wiatrem plaża z parasolami, natryskiem, toaletami i sklepikiem. Chociaż niewielka to właśnie ona ściągała największą ilość plażowiczów w tym nas.



Szersza plaża nie zostawała daleko w tyle, bez trudu można odnaleźć na niej restauracje czy beach bary i przede wszystkim przeurocze płotki 



Podążając deptakiem wzdłuż plaży można dotrzeć do parku - wielu atrakcji tam nie ma, ale można delektować się mocnym wiatrem serwowanym przez ocean atlantycki!



Ten niewielki wietrzny skrawek nieba proponuje nam kilka atrakcji między innymi wyprawę promem do Tanger (Maroko) niestety wymagany jest ważny paszport 


Poza tym mamy do wyboru liczne szkoły serfowania (na wszystkim) - po powrocie doczytałam się iż jedna ze szkół została założona przez naszą rodaczkę!

Do najciekawszych atrakcji moim zdaniem należało podziwianie dziko żyjących delfinów, orek oraz wielorybów. Istniała również możliwość wykupienia kursu nurkowania. 



Na terenie miasta znajduje się zabytkowy zamek 



Stare miasto, poza swoim niesamowitym klimatem oferuje nam wiele klimatycznych sklepów, restauracji i kawiarni.

Festival of Tuna. Tuna czyli tuńczyk jest wszechobecny, podawany we wszelkich możliwych formach. Z tego co zrozumieliśmy jest to konkurs między restauracjami o najlepsze danie z udziałem tej Pani. Niestety próbowałam, nie raz, nie dwa, nie dam się przekonać - łosoś, dorsz kropka.

Pozostając na chwilę przy temacie jedzenia, moim zdaniem kuchnia hiszpańska nie jest smaczna i tu również nie dam się przekonać. Zawiodłam się nawet na powszechnie zachwalanym churro, które to okazało się mniej słodką a zdecydowanie bardziej tłustą wersją naszej oponki. 



Siedząc na lotnisku i oczekując na samolot powrotny, czuliśmy mały niesmak. Słoneczna Hiszpania, tak kochana i zachwalana przez rodaków, okazała się być tylko namiastką naszych wyobrażeń. Chociaż miasto okazało się przepiękne, sama mentalność Hiszpanów okazała się być bardzo męcząca - na każdym kroku ktoś nas zagadywał. Hiszpanki (w naszych oczach) należą do zaniedbanych kobiet, za to na pewno nie mają problemów z samoakceptacją bo jak inaczej nazwać hurtowe opalanie się toples? Tylko tu skrupulatnie przestrzegano sjesty, o godzinach w których głód doskwierał nam najbardziej. Niewiele osób znało chociaż by podstawy angielskiego - nawet na lotnisku pojawiły się z tym problemy! A gorące słońce zostało zamienione na nigdy nie ustający wiatr z nad oceanu. 







Oczywiście co zobaczone, zwiedzone to nasze ♥ 


..ale Hiszpanii to już dziękujemy.